Media lansują ostatnio zaszczytną i bardzo piękną tezę o byciu "dziennikarzem obywatelskim"; ja też jakby podpasowuję się pod tę definicję, wydaje mi się, że dziennikarzem obywatelskim jest każdy, kto prowadzi bloga, wrzuca do niego jakiś komentarz do otaczającej nas rzeczywistości, wrzuca na YouTube dramatyczną historię o złamanej nodze swojego psa albo ostatniej sesji w Warhammera. Mówiąc inaczej, z czystej nieprzymuszonej woli, szlachetnych pobudek i braku lepszego zajęcia tzw. dziennikarze obywatelscy za zupełną darmochę kreują informacyjne przeciążenie. Oczywiście, gęsto pisząc w sieci mniej lub bardziej sensowne rzeczy i sprzedając artykuły i recenzje do różnych magazynów również dokładam swoją działkę do otaczającego nas chaosu. "Dziennikarz obywatelski" to jednak nie ja. Ja jestem nieobywatelski. Ja z reguły biorę za moją pracę jakiś tam kwit, plus pisząc swoje teksty nie czuję, abym przysługiwał się jakiejś większej, lepszej sprawie. Raczej wypluwam swoje absolutnie zsubiektywizowane opinie - staram się, aby były miłe w czytaniu, ale nie aspiruję nimi do tworzenia jakiejś nowej przestrzeni komunikacyjnej ani odkrycia jakichś przerażających faktów. OK, robię sobie z was jaja - ale z drugiej strony cóż, nie jestem reporterem śledczym. Powiem więcej - dobrze mi z moją nieobywatelskością. Nie chciałbym być wrzucony do jednego wora z ludźmi, którzy śmiertelnie poważnie wrzucają na Newsvine informacje o tym, jakoby w Iranie koło pola naftowego rozbił się statek UFO. Cały ten pic z "dziennikarstwem obywatelskim" kręci się wokół i tak sterowanych przez wielkie koncerny medialne platform, które dają iluzję wprowadzenia zupełnie wolnego obiegu informacji, a często i tak kończy się smutno - rzeczywiście ważne rzeczy toną w zalewie bezużytecznego chłamu. Fakt anonimowego wpisania się w przelew danych, które i tak niewiele osób traktuje poważnie, nie jest ani czymś pożytecznym, ani aktem dywersji. Mam awersję to tzw. "indymedia", kanałów w stylu Newsvine - jak to powiedział Richard Metzger, "żyjemy w czasach w których istnieje nieogarniczona wolność słowa, ale najbardziej dywersyjna rzecz jaką możesz zrobić to stać się w miarę popularnym i dopchać się do głównych kanałów informacji". Nie ufaj blogerom. Poza Jakubem Żulczykiem. Ha ha ha.

Z drugiej strony, powyższe słowa mogą ukrzywdzić wiele osób, które rzeczywiście za darmo robią lwią robotę, tworząc osobne strony i portale na tematy odpowiednio ważkie dla dzisiejszych czasów, które są pomijane albo przedstawiane w zupełnie zły sposób w głównonurtowych mediach. Ale powtarzam, nie dajmy się zwariować - nie każdy lżący naszych miłościwie panujących bliźniaków bloger - studenciak może być brany pod uwagę jako "kreator opinii publicznej". Im więcej kanałów, tym więcej hałasu. Więc, pisząc tę notkę w odniesieniu do ogłoszonego niedawno konkursu,, sam przyznaję moją prywatną nagrodę Dziennikarstwa Obywatelskiego 2006 dla piszącego o bardzo ważnym, powiedziałbym, strategicznym problemie współczesności serwisu Oil Peak. Tylko po co oni mają startować w tym konkursie - ci ludzie nie potrzebują laptopa. Oni potrzebują dobrze zabunkrowanej tajnej bazy z generującymi prąd wiatrakami, urządzeniami do spalania biomasy, nasłuchem satelitarnym, własnym serwerem, kolektorami prądu i wewnętrzną cyrkulacją pitnej wody. Tak na wszelki wypadek. Gdyby miało zrobić się wokół naprawdę nieciekawie.

P.S. Pardon, kolejny mój kandydat do nagrody tutaj.
Name:

Komentarze:

09.02.2007, 15:31 :: 80.53.200.194
Pan_Z_Peakoila
Laptop tez sie przyda. Jest energooszczedny i bedzie sterowac systemem kontroli dostepu do bunkra ;-)

27.01.2007, 17:50 :: ownlog.com
aja
dziennikarz obywatelski musi być grupowy żeby został w ogóle zauważony. tym też "studeniaki" krytykujące rząd są dziennikarzem obywatelskim (razem, nie każdy z osobna) a oil peak nie.
drugi link nawet nie działa.