Link 17.08.2009 :: 21:27 Komentuj (17)

Nie ma wakacji. Czuję się jak biedne dziecko z po-pgr-owskiej wioski, które nie może jechać na kolonie i zamiast tego musi zasuwać zbierając liście dla Herbapolu. No dobrze, może nie jest aż tak fatalnie - ale zamiast jechać ze znajomymi do Chorwacji człowiek siedzi i grzeje w klawisze, ponieważ podpisane umowy wymagają tempa a la Philip K. Dick, czyli niemalże książka w dwa tygodnie. A że nie mam takiego zdrowia i zamiłowania do farmakologii jak autor "Ubika", człowiek poci się i poci, ale całokształt pracy do wykonania dalej przypomina kilkutonowy pylon. Nie jest źle - mam za sobą już jedną trzecią tekstu jednej z dwóch planowanych książek, ale może być lepiej. Może być, bo plany opóźnił tydzień w heimacie, który orbitował wokół grilla, jeziora, bimbru i bilardu. Każdy musi sobie czasem odpocząć, nie każdy ma potem wyrzuty sumienia. Tak swoją drogą, większość ludzi nie zdaje sobie za bardzo sprawy, jak bardzo irracjonalną czynnością jest praca nad powieścią/scenariuszem/dramatem/doktoratem, niepotrzebne skreślić; nieważne jak zaawansowane postępy tej roboty, jaka frajda z jej wykonywania i przebywania w niej, i tak montuje ona w człowieku nieusuwalne wrażenie o swojej nieskonczoności. Co więcej, owo wrażenie po jakimś czasie w oczach bliźniego zamienia cię w wariata. Powoduje, że zmywanie, odkurzanie, gotowanie zupy czy robienie sałaty z kurczakiem są dla ciebie rozkoszną ulgą, bo oto w twoim wypełnionym syzyfową pracą, zasranym żywocie pojawiła się prosta, krótka i kompletnie nieintelektualna czynność, dająca szybki efekt i niezłą satysfakcję. Napisałbym coś innego poza utyskiwaniem na swój los, na przykład jakieś rekomendacje kulturowe, ale ostatnio w wolnych chwilach nadrabiam zaległości z oczywistości; wstawanie i krzyczenie "Blaszany bębenek!", "Lokator!", "Koniecznie!", nie przeszłoby chyba nawet w amerykańskim book clubie gospodyń domowych. Generalnie jakoś szaro ostatnio z tą kulturą - albo ja zacząłem mieć ją w dupie, i bardziej zajmuje mnie jej skromne fabrykowanie niż recepcja, albo wchodzimy w jakiś globalny kryzys, tym razem twórczy. Coś musi być na rzeczy, bo nawet Michael Mann nakręcił nudny film. 


Cały czas mam wrażenie, że piszę oczywistości w tonie odkrywania jakichś wielkich prawd. Proszę o wybaczenie. Jak już wspomniałem, gdy człowiek wrośnie na parę tygodni w krzesło, wklepując wyrazy do dotkniętego już afazją laptopa, to rozpalenie grilla, pogranie w bilard czy  łyk żurawinowej wódki nad jeziorem stają się iluminacją. W końcu coś innego od liter, wyrazów, Gazety.pl, pornosów, felietonów Rafała Ziemkiewicza i odcinków "Kryminalnych Zagadek Las Vegas". I teraz chyba już rozumiecie, dlaczego piszę na tym blogu raz na miesiąc - prowadzę naprawdę nudne życie.


P.S. Dobra, nie jest tak nudno. Moja partnerka rozkręciła interes, czyli dwujęzyczny, prywatny klub przedszkolaka. Jeśli znacie kogoś, kto ma dziecko, które musi oddać do przedszkola to... (tutaj następuje obrazek dwóch namydlonych, splatających się dłoni pod wodą z kranu)


P.S. II To jak narazie jedyny przekaz reklamowy na tym blogu. Mam nadzieję, że jasno dałem do zrozumienia, że aby mieć jakiekolwiek szanse na sobie wykupienie sobie następnego trzeba zostać moją życiową partnerką.


{blogfrog}
Link 26.08.2009 :: 14:55 Komentuj (33)

Przepadam za Radiohead, może dlatego, że to jedyny zespół na świecie który ma w swoim repertuarze piosenki zarówno brzmiące jak Scorpions, jak i piosenki brzmiące jak Autechre. Po powrocie z koncertu o piątej rano, kojąc kefirem żołądek lekko zdewastowany napojami energetycznymi marki Kalashnikov, napisałem na Facebooku, parafrazując zdanie Ryana Schreibera o Nirvanie : "Ci, którzy uważają, że Radiohead to słaby zespół, starają się być fajni, i muszą się starać bardziej". Moim skromnym zdaniem  to prawda. Całe życie byłem daleki od stawiania złotych pomników świętym krowom, ale twierdzenia, że "Kid A" czy "Hail to the thief" to płyty przereklamowane, to jak gadanie, że przereklamowana jest mocno zmrożona kawa w czterdziestostopniowy upał. Radiohead to jedyny współczesny zespół, który znalazł idealną symbiozę między mainstreamowym rockiem a rzeczywistym muzycznym krwiobiegiem współczesności, IDM, jazzem, współczesną poważką, minimal techno. I co z tego, że inspiracje ma wyrywkowe, że plotą w wywiadach lewackie farmazony i że od obwoływania ich największymi od czasów Beatlesów można zwrócić obiad, gdy poczyta się muzyczne portale internetowe. Ważne jest to, że efekty nigdy nie są złe, a bywają wstrząsające, a przestudiowanie ich dotychczasowej dyskografii po kolei to jedna z najciekawszych podróży jaką może zafundować muzyka pop. Niewielu było artystów w muzyce stricte popularno-masowej, których całościowy dorobek można potraktować jako jedno dzieło, konsekwentną drogę, w której każdy element, nawet pozornie nieudany, jest na swoim miejscu. Beatlesi? Bowie? Chciałem już pisać o Can, King Crimson, Talk Talk, ale to już przecież inny regał. A z tzw. regału górnego w notowaniach Empiku, czyli zespołów, które gromadzą na swoich koncertach czterdzieści tysięcy osób, Radiohead jest na dobrą sprawę jedynym ambasadorem muzycznej sublimacji. I z tego właśnie powodu za nimi przepadam.


A co do koncertu, to owszem, to co piszą w internecie że magia, wniebowstąpienie, siódma pieczęć i ogólnie iwent stulecia to troszeczkę prawda. Radiohead zagrało świetną, przekrojową sztukę, akurat dla publiczności, którą odwiedzili ostatnio jako debiutujące młodziaki (czy to nie był festiwal Marlboro Rock-In, na którym Illusion zdobyli kontrakt na pierwszą płytę? help me if im wrong). Organizatorów oczywiście należy rozstrzelać, ale na polskich koncertach to chyba standard. I było słabo widać, ale to też chyba standard. Fakt, mogli trochę poimprowizować, rozciągnąć tę kapitalną wersję "Everything is in the right place" do dziesięciu, dwunastu minut, bardziej się pobawić, ale z drugiej strony stałem wśród tych ludzi, momentami ich obserwowałem i u co poniektórych owszem, były łzy przy "Karma Police", ale przy takim "Myxomatosis" ich lica zastygały w słabo skrywanym niezrozumieniu. Nieważne, było dobrze, amen. I nawet to, że wyrżnęli się rytmicznie w "Idioteque", że Yorke średnio dawał radę z jednoczesnym śpiewaniem i graniem na perkusji w "Bangers and mash", to czyni z nich jakoś bardziej ludzki zespół. A spróbujcie użyć tego przymiotnika w stosunku do Coldplay czy U2 i zobaczycie, jak nieprzyjemnie zaczyna zgrzytać wam w zębach.


{blogfrog}

Jakub Żulczyk ( 1983 ) pisarz, autor powieści "Instytut", "Zrób mi jakąś krzywdę" i "Radio Armageddon". Niezależny publicysta, recenzent, felietonista, bloger. Konsument śmieci. Wzorowy odbiorca kultury masowej. Publikował w m.in. "Playboyu", "Aktiviście", "Metropolu", "Machinie", "Lampie", "Ha! Arcie", "Nowej Fantastyce" i "Tygodniku Powszechym". Był felietonistą "Metropolu", "Neo Plus" i "Dziennika". Obecnie pisze felietony do Exklusiva i prowadzi autorską rubrykę "Tydzień Kultury Polskiej" w tygodniku "Wprost". Jego ostatnia książka to "Zmorojewo", wydana w Naszej Księgarni powieść młodzieżowo-fantastyczna.


Kup "Radio Armageddon"

Kup "Zrób mi jakąś krzywdę"

Archiwum

2017
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik



chcesz mi coś powiedzieć - superdomestos@o2.pl


Linki


DEFIBRYLATOR
trzeszczy trzeszcz
the new adventures of uncanny pani hania
PRZEDSZKOLE DWUJĘZYCZNE KALEIDOSCOPE
last efem
medium
b.ciszewski
lampa
mazurski skun
kapela
oi oi oi horror show baw sie dobrze albo gin
dudzik - ilustruje moje fele
łukasz macheta
culture of anger
sledziu
fanka rejwu
straszna choroba
korporacja
aorta
panikkk
pan pejote - portfolio
i can teach you how to cook that crack / te narkotyki sa nieprawdziwe
wlosy cycki krzyze
d
patrol
shame on you
marcelego kulturowa kompulsja
mąż moniki powalisz
żona kamila antosiewicza

powered by Ownlog.com