Link 06.01.2010 :: 18:41 Komentuj (20)

 


Serdecznie zapraszam na balety i zarazem mój debiut DJ`ski do Powiększenia, w ten piątek, na godzinę 22. DJ`ski to za dużo powiedziane - DJ ze mnie jak z koziego ucha puzon, obce mi są tajniki zgrabnych blendów itd, nazwijmy to raczej puszczaniem piosenek. Ale koniec użalania, konkrety - impreza odbywa się pod hasłem Dyskoteka czyli Parkiet Twoich Snów, gramy ja aka DJ Mokasyn i Kamil aka DJ Mikroman, selekcja : piekło 80`s, space disco, italo, hi nrg, troche niemieckiego densu i popu z lat dziewięćdziesiątych, trochę nowej fali, generalnie - bez pretensji i z przytupem. Będzie lepiej niż na weselu Marka Sierockiego. Si ju there.



Link 24.12.2009 :: 12:43 Komentuj (19)

Krótko, bo nie czuję się najlepiej, wczorajszy przyjazd do miejsca stałego zameldowania i związany z tym widok mamy i taty tak mnie ucieszył że wypiłem trzy butelki wina i jestem dzisiaj ciut odwodniony. Do meritum. Chciałem życzyć Wam wszystkiego dobrego w te święta, jak i w Nowym roku; zdrowia, spokoju, spełnienia marzeń. Uważajcie na siebie, ubierajcie się ciepło, uprawiajcie seks i opowiadajcie dowcipy - zwłaszcza te dwie ostatnie czynności czynią świat lepszym miejscem. I, jak to mawiają afroamerykanie i mój złoty kolega Marcin, podtrzymujcie to rzeczywistym.


Wszystkiego dobrego.


P.S. Skończyłem swoją trzecią książkę, tzn. napisałem słowo koniec. Jak zwykle, nic spektakularnego się nie wydarzyło, nie zalało mnie uczucie wielkiej ulgi ani życiowego spełnienia. Może dlatego, że to dopiero połowa sukcesu; trzeba zabierać się do kończenia czwartej. A następnie do poważnego poprawiania i skracania "Radia", pod kątem ewentualnego zmartwychstania. Narazie tyle informacji, ale obiecuję, że z biegiem 2010 będę się robił coraz mniej lakoniczny.



Link 04.12.2009 :: 03:51 Komentuj (18)

Ogłoszenie parafialne. Szukam sensownego współlokatora w Warszawie. Miłe mieszkanie na Żoliborzu, parter przedwojennego domu. Opłaty 1000 zł miesięcznie (w tym wszystko, woda, prąd, gaz, sieć, etc.). Tylko poważne zgłoszenia na adres w stopce c`mon.


PS Ogłoszenie parafialne 2:


"Bookarest
Stary Browar - Dziedziniec Sztuki,
Poznań, ul. Półwiejska 42
8 grudnia (wtorek) 2009, godz. 18:00
Wstęp wolny


Serdecznie zapraszamy na czwarte spotkanie z cyklu Kapitalne Rozmowy - Bomba w Bookarest.


Temat spotkania: Bunt w polskiej prozie


Goście: Sylwia Chutnik, Jan Kapela i Jakub Żulczyk


Spotkanie poprowadzi: Agnieszka Wolny-Hamkało"



Link 18.11.2009 :: 03:48 Komentuj (28)

1) Rec2 wcale nie jest taki zły.


2) Stypendia literackie są bardzo miłe i wspomagają ugór twórczy, nawet jeśli trwają miesiąc i odbywają się w miastach w których mieszkało się sześć lat i ma się w nich przyjaciół których dawno się nie widziało i z którymi uwielbia się pić.


3) Markus Zusak to bardzo dobry pisarz, chociaż odrobinę zbyt szpanerski formalnie, ale przecież nikt nie jest bez grzechu. "Złodziejka książek" - warto.


4) Dr. House to najprawdopodobniej najlepiej napisany serial w historii telewizji (co nie znaczy, że najlepszy), chociaż potrzebuję jeszcze chwili, aby wypowiadać tę tezę z pełnym przekonaniem. To dowód na to, że amerykańskie scenopisarstwo telewizyjne wchodzi w cyber-poziom ewolucji.


5) Najładniejsza dziewczyna w Dr. House to Thirteen. Najbardziej irytujący bohater to Foreman.


6) Nie piszę już felietonów do Dziennika, nad czym bardzo ubolewam, ale dalej współpracuję z tą gazetą, poza tym, nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.


7) Ludzie, którzy na końcu pytania retorycznego stawiają "tak" (No bo kiedy w Warszawie powstanie druga linia metra, tak?) pomimo moich wielkich oporów przed kategoryzowaniem wydają mi się mniej sympatyczni, niż ci, którzy na końcu pytania retorycznego stawiają "nie" (Przecież nawet nie wiesz, ile on na tym na boku zarobił, nie?) - chociaż może mi się tylko tak wydaje. Tym bardziej, że są ludzie stosujący te formy wymiennie, mówiący na końcu zdania jo (Toruń), albo łeej (Poznań). I żeby nie było - chodzi o obcych / świeżo napotkanych, u znajomych, z których pewnie ponad połowa stawia "tak" na końcu pytania retorycznego, szczerze, nie zwracam najmniejszej uwagi.


8) Kawiarnia Naukowa to bardzo przyjemne miejsce, chociaż ostatnio zostałem obśmiany przez na oko dwunastoletnią dziewczynę znanego krakowskiego lewicowego intelektualisty z tego powodu, że wybieram się tam na piwo.


9) Z innych krakowskich przygód - z pewnym krakowskim autorem, którego określiłem kiedyś na tym blogu mianem generała i który wcale aż tak bardzo nie spuchł, z głupia frant urządziliśmy sobie zabawę w Pięknym Psie pod tytułem "a kto w tym utworze gra na perkusji/gitarze/ basie". Było miło. Był remis (nie bez udziału koleżanki Anny, która przypomniała w krytycznym momencie personalia bębniarza Pixies). Pozdrawiam pana generała.


10) To chyba wszystko z istotnych rzeczy, o których w tym momencie pamiętam i które mogę tu obwieścić. Stay tuned.



Link 20.10.2009 :: 23:12 Komentuj (16)




Miałem szczęście poznać kiedyś koleżankę Julię Górniewicz osobiście, w czasach liceum, spotykaliśmy się wtedy na imprezach u innej wspólnej koleżanki, tak raz na pół roku. Ja wtedy sklejałem w domu tragiczne, paraśmieszne autorskie ziny, poza tym moją główną działalnością artystyczną było bazgrolenie na lekcjach i nabijanie lufek. Koleżanka Górniewicz w tym samym czasie za pomocą gitary akustycznej, pianina i jakiegoś prostego sekwensera zrobiła wtedy swoją płytę, która z tego co pamiętam, brzmiało jak lo-fi wersja Portishead, i nie jest to bynajmniej inwektywa. Wprost przeciwnie. Jeśli ktokolwiek w tym wieku w moim otoczeniu robił jakąś muzykę, to było to bardziej brzdąkanie na pudłówie szlagierów Kultu, więc płyta Julki, przekazywana sobie z rąk do rąk przez jej kolegów z klasy trafiła w końcu do mnie, poczułem się cokolwiek przygnieciony potencjałem mojej znajomej. Fast forward do przodu : gdy dowiedziałem się, że Julka Górniewicz, już jako Julia Marcell, zebrała 50 tys. dolarów na nagranie swojej płyty w portalu Sellaband, przypomniałem sobie muzykę, jaką udało jej się robić już w liceum i wcale nie poczułem się zdziwiony.


Więc, teraz jest podobnie, ja sklejam do kupy chaotyczne powieścidła i walczę o byt smarując wierszówy, gdy koleżanka Górniewicz wydaje w Niemczech płytę, z której piosenek nie mogę przestać słuchać i zapewne nie tylko ja. Niby zawsze miałem głęboki uraz do lasek z fortepianem, Tori Amos i wszystkie jej klony miałem za jakąś protezę Tajemnicy, zasłanianie manierą i enigmatycznymi tytułami jakiegoś wiejącego przez to wszystko przeciągu. Z dziedziny ballada autorska zawsze wolałem Nicka Drake`a, Current 93, z babek Patti Smith i PJ Harvey, no ale to w końcu rockandrollowe ściery, a nie nimfy w spódnicach w falbanki. Nawet gdy już zupełnie zapomnę o tym, że Julia Marcell była kiedyś moją koleżanką i lubiłem z nią długo rozmawiać, z nią jest inaczej. Tu jest jakaś chropowatość, zamierzona niedoskonałość, ciepło nieporządku. Gdyby było tego trochę więcej, jest ryzyko, że ta muzyka wzbudzałaby uczucie porównywalne do siedzenia z dobrym, trochę chorym umysłowo przyjacielem, jak, nie przymierzając, Modest Mouse. Oczywiście, muzyka Marcell jest dużo grzeczniejsza, bardziej stonowana, bardziej dziewczyńska i nostalgiczna, ale coś jest, coś tam się pali, może to granie palcem na skrzypcach, może to ograniczone instrumentarium, może to, że Julka wie, jak dozować emocje. Może też być tak, że dawno nic nie uderzyło w tą część w moich bebechach, która się wzrusza, i tak, ta część istnieje, jeśli nie wierzycie, nie oglądaliście ze mną filmu "Duża ryba". W każdym razie, płyta Marcell jest już w Polsce, jak lubicie baby z fortepianem, jest dużo lepsza niż płyta Gaby Kulki, a ja serdecznie, ze względu na nową muzykę i trochę stare czasy serdecznie gratuluję autorce. Kawał talentu, zasłużony sukces, wszystkiego dobrego i przepraszam, że nigdy nie oddałem tej kasety The Verve 'Urban hymns'. Może mam ją gdzieś w domu. Jest szansa.



Link 05.10.2009 :: 12:33 Komentuj (20)


P>

Chciałem napisać coś o Polańskim. Są jednak momenty, gdy ktoś, kto myśli o danej sprawie to samo, co ty, podsumowuje ją dużo błyskotliwiej, niż tobie kiedykolwiek by się to udało. W tym przypadku wyręczył mnie Chris Rock. Żeby nie było - "Lokator" i "Dziecko Rosemary" napewno wchodzą do mojego top 10. Ale to nie ma nic do rzeczy.


P.S. Zablokowało tamte video, więc wkleiłem drugie, ale dłuższe. Ogólnie Chris jest zabawny, a o Polańskim zaczyna gadać od 2:23.



Link 26.08.2009 :: 14:55 Komentuj (33)

Przepadam za Radiohead, może dlatego, że to jedyny zespół na świecie który ma w swoim repertuarze piosenki zarówno brzmiące jak Scorpions, jak i piosenki brzmiące jak Autechre. Po powrocie z koncertu o piątej rano, kojąc kefirem żołądek lekko zdewastowany napojami energetycznymi marki Kalashnikov, napisałem na Facebooku, parafrazując zdanie Ryana Schreibera o Nirvanie : "Ci, którzy uważają, że Radiohead to słaby zespół, starają się być fajni, i muszą się starać bardziej". Moim skromnym zdaniem  to prawda. Całe życie byłem daleki od stawiania złotych pomników świętym krowom, ale twierdzenia, że "Kid A" czy "Hail to the thief" to płyty przereklamowane, to jak gadanie, że przereklamowana jest mocno zmrożona kawa w czterdziestostopniowy upał. Radiohead to jedyny współczesny zespół, który znalazł idealną symbiozę między mainstreamowym rockiem a rzeczywistym muzycznym krwiobiegiem współczesności, IDM, jazzem, współczesną poważką, minimal techno. I co z tego, że inspiracje ma wyrywkowe, że plotą w wywiadach lewackie farmazony i że od obwoływania ich największymi od czasów Beatlesów można zwrócić obiad, gdy poczyta się muzyczne portale internetowe. Ważne jest to, że efekty nigdy nie są złe, a bywają wstrząsające, a przestudiowanie ich dotychczasowej dyskografii po kolei to jedna z najciekawszych podróży jaką może zafundować muzyka pop. Niewielu było artystów w muzyce stricte popularno-masowej, których całościowy dorobek można potraktować jako jedno dzieło, konsekwentną drogę, w której każdy element, nawet pozornie nieudany, jest na swoim miejscu. Beatlesi? Bowie? Chciałem już pisać o Can, King Crimson, Talk Talk, ale to już przecież inny regał. A z tzw. regału górnego w notowaniach Empiku, czyli zespołów, które gromadzą na swoich koncertach czterdzieści tysięcy osób, Radiohead jest na dobrą sprawę jedynym ambasadorem muzycznej sublimacji. I z tego właśnie powodu za nimi przepadam.


A co do koncertu, to owszem, to co piszą w internecie że magia, wniebowstąpienie, siódma pieczęć i ogólnie iwent stulecia to troszeczkę prawda. Radiohead zagrało świetną, przekrojową sztukę, akurat dla publiczności, którą odwiedzili ostatnio jako debiutujące młodziaki (czy to nie był festiwal Marlboro Rock-In, na którym Illusion zdobyli kontrakt na pierwszą płytę? help me if im wrong). Organizatorów oczywiście należy rozstrzelać, ale na polskich koncertach to chyba standard. I było słabo widać, ale to też chyba standard. Fakt, mogli trochę poimprowizować, rozciągnąć tę kapitalną wersję "Everything is in the right place" do dziesięciu, dwunastu minut, bardziej się pobawić, ale z drugiej strony stałem wśród tych ludzi, momentami ich obserwowałem i u co poniektórych owszem, były łzy przy "Karma Police", ale przy takim "Myxomatosis" ich lica zastygały w słabo skrywanym niezrozumieniu. Nieważne, było dobrze, amen. I nawet to, że wyrżnęli się rytmicznie w "Idioteque", że Yorke średnio dawał radę z jednoczesnym śpiewaniem i graniem na perkusji w "Bangers and mash", to czyni z nich jakoś bardziej ludzki zespół. A spróbujcie użyć tego przymiotnika w stosunku do Coldplay czy U2 i zobaczycie, jak nieprzyjemnie zaczyna zgrzytać wam w zębach.



Link 17.08.2009 :: 21:27 Komentuj (17)

Nie ma wakacji. Czuję się jak biedne dziecko z po-pgr-owskiej wioski, które nie może jechać na kolonie i zamiast tego musi zasuwać zbierając liście dla Herbapolu. No dobrze, może nie jest aż tak fatalnie - ale zamiast jechać ze znajomymi do Chorwacji człowiek siedzi i grzeje w klawisze, ponieważ podpisane umowy wymagają tempa a la Philip K. Dick, czyli niemalże książka w dwa tygodnie. A że nie mam takiego zdrowia i zamiłowania do farmakologii jak autor "Ubika", człowiek poci się i poci, ale całokształt pracy do wykonania dalej przypomina kilkutonowy pylon. Nie jest źle - mam za sobą już jedną trzecią tekstu jednej z dwóch planowanych książek, ale może być lepiej. Może być, bo plany opóźnił tydzień w heimacie, który orbitował wokół grilla, jeziora, bimbru i bilardu. Każdy musi sobie czasem odpocząć, nie każdy ma potem wyrzuty sumienia. Tak swoją drogą, większość ludzi nie zdaje sobie za bardzo sprawy, jak bardzo irracjonalną czynnością jest praca nad powieścią/scenariuszem/dramatem/doktoratem, niepotrzebne skreślić; nieważne jak zaawansowane postępy tej roboty, jaka frajda z jej wykonywania i przebywania w niej, i tak montuje ona w człowieku nieusuwalne wrażenie o swojej nieskonczoności. Co więcej, owo wrażenie po jakimś czasie w oczach bliźniego zamienia cię w wariata. Powoduje, że zmywanie, odkurzanie, gotowanie zupy czy robienie sałaty z kurczakiem są dla ciebie rozkoszną ulgą, bo oto w twoim wypełnionym syzyfową pracą, zasranym żywocie pojawiła się prosta, krótka i kompletnie nieintelektualna czynność, dająca szybki efekt i niezłą satysfakcję. Napisałbym coś innego poza utyskiwaniem na swój los, na przykład jakieś rekomendacje kulturowe, ale ostatnio w wolnych chwilach nadrabiam zaległości z oczywistości; wstawanie i krzyczenie "Blaszany bębenek!", "Lokator!", "Koniecznie!", nie przeszłoby chyba nawet w amerykańskim book clubie gospodyń domowych. Generalnie jakoś szaro ostatnio z tą kulturą - albo ja zacząłem mieć ją w dupie, i bardziej zajmuje mnie jej skromne fabrykowanie niż recepcja, albo wchodzimy w jakiś globalny kryzys, tym razem twórczy. Coś musi być na rzeczy, bo nawet Michael Mann nakręcił nudny film. 


Cały czas mam wrażenie, że piszę oczywistości w tonie odkrywania jakichś wielkich prawd. Proszę o wybaczenie. Jak już wspomniałem, gdy człowiek wrośnie na parę tygodni w krzesło, wklepując wyrazy do dotkniętego już afazją laptopa, to rozpalenie grilla, pogranie w bilard czy  łyk żurawinowej wódki nad jeziorem stają się iluminacją. W końcu coś innego od liter, wyrazów, Gazety.pl, pornosów, felietonów Rafała Ziemkiewicza i odcinków "Kryminalnych Zagadek Las Vegas". I teraz chyba już rozumiecie, dlaczego piszę na tym blogu raz na miesiąc - prowadzę naprawdę nudne życie.


P.S. Dobra, nie jest tak nudno. Moja partnerka rozkręciła interes, czyli dwujęzyczny, prywatny klub przedszkolaka. Jeśli znacie kogoś, kto ma dziecko, które musi oddać do przedszkola to... (tutaj następuje obrazek dwóch namydlonych, splatających się dłoni pod wodą z kranu)


P.S. II To jak narazie jedyny przekaz reklamowy na tym blogu. Mam nadzieję, że jasno dałem do zrozumienia, że aby mieć jakiekolwiek szanse na sobie wykupienie sobie następnego trzeba zostać moją życiową partnerką.



Link 16.07.2009 :: 14:04 Komentuj (17)

Gdy wpadliśmy sobie z sąsiadami na kacowy pomysł rozlepienia ogłoszeń z napisem "lekcje z mówieniem po polsku z akcentem amerykańskim Jakub Żulczyk" nie przypuszczałem, że ktokolwiek rzeczywiście pomyśli, że można uczyć kogoś mówienia po polsku z akcentem amerykańskim. Tym bardziej, że w ramach tego samego cyklu powstały mniej dostrzeżone ogłoszenia "kserowanie rajstop" i "przepowiadanie przeszłości". Jak to w Polsce, rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania, ludzie dzwonią, autentycznie chcą uczyć się mówienia po polsku, a ja muszę im odmawiać, chociaż pewnie mógłbym ich tego uczyć. Musiałem odmówić nawet człowiekowi z Gazeta.pl. No cóż. Ale miło, że można sprawić komuś trochę radości i smutno, że trzeba kogoś rozczarować. Poza tym tej radości jest trochę mało, bo wybuchł u nas w domu pożar, sąsiedzi mieszkający w piwnicy zostali tak jak stali w majtach, u nas jest dużo lepiej, jedynie ciut przyczadziło mieszkanie. Nie ma co narzekać, po prostu czeka nas jeszcze dziesięć dni wegetacji na przedłużaczu od sąsiada, bo cała instalacja elektryczna jest do remontu. Z tego wszystkiego przyśniło mi się dzisiaj, że jeździłem po całej Warszawie w poszukiwaniu boksu DVD Krzysztofa Zanussiego wydanego przez Kino Polska. Gdy się obudziłem, przez chwilę jeszcze zamajaczyło mi, że mam taki na półce, ale gdy oczęta się rozlepiły, zobaczyłem, że dzięki Bogu to jednak "Pan Kleks". Trzeba brać się do pracy. Stay tuned.



Link 30.06.2009 :: 01:07 Komentuj (17)

Widziałem w życiu wiele, wiele horrorów, ale przy hiszpańskim oryginale [Rec] można najzwyczajniej w świecie odwalić kitę. Ostatni raz tak się bałem bodajże przy trzeciej części "Koszmaru z ulicy wiązów", no ale to było długo, długo zanim odkryto rakotwórczość gumy Turbo. Jestem przekonany że gdybym natknął się przypadkowo na mieście na Chrisa Cunninghama, i zapytał go o ostatnie dziesięć minut [Rec] on najpierw zamknąłby się w sobie, potem kucnął na chodniku i zaczął się trząść, a potem to już z powodu brzydkich zapachów trzeba byłoby iść dalej. Na marginesie, film [Rec] był oglądany w ramach miesiąca z klaustrofobicznym horrorem, organizowanego ku znalezieniu tzw. inspirado do nadchodzącej pracy literackiej - ale jeśli natknę się jeszcze raz na tak zawałogenny film, to pierdolę i zaczynam pisać o 29-letniej singielce która przyjeżdża do Warszawy z prowincji i zakochuje się w gruboskórnym kreatywnym i wydaję to w serii z miotłą. Człowiek ma jedno życie.



Jakub Żulczyk ( 1983 ) pisarz, autor powieści "Zrób mi jakąś krzywdę" i "Radio Armageddon". Niezależny publicysta, recenzent, felietonista, bloger. Konsument śmieci. Wzorowy odbiorca kultury masowej. Wbrew pogłoskom nie ma nic wspólnego z emo. Chociażby dlatego, że surowiec na grzywkę dawno już wypadł. Złodziej myśli, aparat głośnomówiący i chłopak Pauliny. Publikował w m.in. "Playboyu", "Aktiviście", "Metropolu", "Machinie", "Lampie", "Ha! Arcie". Stały felietonista "Exklusiva", sobotniego "Dziennika" i "Neo Plus".


Kup "Radio Armageddon"

Kup "Zrób mi jakąś krzywdę"

Archiwum

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik



chcesz mi coś powiedzieć - superdomestos@o2.pl


Linki


trzeszczy trzeszcz
the new adventures of uncanny pani hania
PRZEDSZKOLE DWUJĘZYCZNE KALEIDOSCOPE
last efem
medium
b.ciszewski
lampa
mazurski skun
kapela
oi oi oi horror show baw sie dobrze albo gin
dudzik - ilustruje moje fele
łukasz macheta
culture of anger
sledziu
fanka rejwu
straszna choroba
korporacja
aorta
panikkk
pan pejote - portfolio
i can teach you how to cook that crack / te narkotyki sa nieprawdziwe
wlosy cycki krzyze
d
patrol
shame on you
marcelego kulturowa kompulsja
mąż moniki powalisz
żona kamila antosiewicza

powered by Ownlog.com